Jeśli myślisz, że prawo autorskie w internecie cię nie dotyczy… Cóż. Poczekaj chwilę :)

Masz konto na fejsie? Publikujesz swoje zdjęcia lub teksty? Jesteś więc autorem. Udostępniasz, lajkujesz lub komentujesz czyjeś prace? Jesteś odbiorcą. Publikujesz na swoim wallu czyjegoś mema bez jego zgody? Jesteś złodziejem. 

Nadeszła era, której zapach czuliśmy już od jakiejś dekady, ale trochę nam zajęło wygrzebywanie się z bagna w postaci torrentów, „źródło: internet” i „wystarczy podpisać”. Te czasy już minęły. Dziś każdy z Was może dostać fakturę za nieuprawnione wykorzystanie czyjejś twórczości i lepiej, żebyście to wzięli na poważnie. 

Czy można brać czyjeś przepisy i sprzedawać jako swoje? 

Od dwóch tygodni autorzy najpoczytniejszych internetowych kanałów żyją głównie jedną sprawą: przypadkiem blogerki, która sprzedawała ebooki z nieswoją treścią. Po prostu brała przepisy od innych, znanych blogerów, zamieszczała je w płatnym ebooku i sprzedawała je nieświadomym czytelnikom. To jednak nie wszystko. Kupowała też płatne, merytoryczne webinary od innych blogerek, po czym argument po argumencie, teza po tezie, rada po radzie – publikowała treść tych płatnych szkoleń u siebie na blogu. W ten sposób brała treść „z interentu”, uznawszy najwyraźniej, że jeśli coś jest w sieci, to jest to dobro wspólne. 

Sprawa tej blogerki ciągnie się już długo, dłużej niż przeważnie trwają tego typu dramy, bo autorka skandalu nie tylko nie przeprosiła za wszystkie podebrane treści (opublikowała tylko przeprosiny za jeden przepis), ale wręcz zaczęła prawnikami straszyć wszystkie osoby, które ją publicznie skrytykowały. Ba, pismo dostała nawet influencerska konferencja, na której temat był żywo dyskutowany – między innymi dlatego, ze rzeczona blogerka była jedną z nominowanych do nagrody Gali Twórców. 

Zakładam, że sprawa trafi do sądu, ale nawet jeśli blogerka pójdzie na jakąś ugodę, zaufania czytelników odzyskać się tak łatwo nie da. 

Regulamin Facebooka i zakaz piracenia na grupach

Na mojej grupie Złe Matki Zjednoczone wprowadziłam w tym roku dwie nowe zasady: 

  1. Nie przyjmujemy do grupy osób, które nie podają prawdziwych danych w koncie na Facebooku oraz które nie mają SWOJEGO zdjęcia w awatarze. 
  2. Kasujemy posty, które nie szanują prawa autorskiego, czyli nie są UDOSTĘPNIENIEM z fanpage’a autora. Nie, nie wystarczy dać linka do autora. Nie wystarczy podpisać. To musi być udostępnienie. 

Właściwie nie powinnam jednak tych punktów zawierać w regulaminie, bo pierwszy jest już w regulaminie Facebooka, a drugi to… cóż… prawo autorskie. Po prostu nie masz prawa publikować czyjegoś dzieła bez wiedzy i zgody autora. 

Tak, to dotyczy też niekomercyjnego użycia. 

Tak, to dotyczy też memów. 

Tak, to dotyczy też zwykłych użytkowników Facebooka. 

Tak, to dotyczy każdego dzieła: zdjęcia, obrazka, sloganu, artykułu, historyjki, no czego sobie nie wymyślisz. Jeśli ktoś to stworzył – należy to do niego. I możesz to tylko oglądać u niego albo na kanałach, które mają prawo to publikować. 

Niektóre z członkiń grupy były zdziwione. Ale jak to? Przecież to zamknięta grupa. Przecież ja na tym nie zarabiam. Przecież to mem i on krąży po różnych fanpage’ach….

Czy mogę udostępnić coś, co zostało wcześniej ukradzione? 

A, właśnie, zapomniałabym. Usuwam też posty udostępnione z tak zwanych agregatów śmieszków, czyli tych wszystkich fapage’y, które nie mają własnych treści, tylko je kradną od prawdziwych autorów, często zamazują ich podpisy, nakładają własne, a potem publikują jako swoje. To wyjątkowo ohydne zachowanie i czuję, że niedługo właściciele tych fanpage’y będą płacić naprawdę wysokie kary za wieloletnie kradzieże treści. Wystarczy, że zbierze się kilku autorów, wezmą dobrego prawnika i napiszą pismo. 

Odpowiadając więc na pytanie z ostatniego nagłówka: tak, niby możesz. Ale na mojej zmianie. ;)

To skąd mam wiedzieć, co w ogóle mogę udostępniać i jak? 

To proste. Musisz to robić za pomocą przyciska „udostępnij” / „share” na Fejsie, instagramie, Youtube czy gdziekolwiek tam jesteś. Nie wystarczy podpisać autora, bo nawet jeśli to zrobisz, cały zasięg Twojego posta i kolejne jego udpostępnienia będą szły na Twoje konto, a nie na konto autora – a zasięg jest dziś walutą i podstawą np. kampanii reklamowych, z których twórcy żyją. Kopiując tekst lub obrazek i udostępniając go u siebie – po prostu kradniesz mu zasięg. 

Warto też, żebyś przed udostępnieniem jakiegoś obrazka sprawdził, czy na pewno jest autorstwa właściciela fanpage’a, z którego chcesz go udostępnić. Jeśli podpis na obrazku nie zgadza się z nazwą fanpage’a, jeśli inne obrazki lub teksty są w zupełnie innym stylu, jeśli na obrazek nałożone jest podwójne logo (czasem nawet potrójne), to najprawdopodobniej jesteś właśnie u złodzieja treści. 

Jeśli chcesz być miły, poinformuj o tej kradzieży prawdziwego autora (łatwo go znaleźć przeważnie, bo Google ma wyszukiwarkę obrazów), a już na pewno NIE UDOSTĘPNIAJ od agregatów treści. 

Kradzież a inspiracja. 

Nie, nikt nie wymaga od ciebie, blogerko parentingowa, że nie napiszesz o odpieluchowaniu dziecka – tylko dlatego, że napisała już o tym inna blogerka. Ale… swojej wiedzy na temat odpieluchowania dziecka nie możesz opierać tylko na wpisie tej poprzedniej. I nie na dwóch ani trzech blogerkach. Możesz tam się czasem odnieść do zdania innych twórców, ale większość treści powinien stanowić TWÓJ autorski wkład w temat. Czyli Twoje doświadczenia, zdanie, opinia, intuicja, wiedza wyniesiona ze szkoły, z książek. A nie po prostu przepisane argumenty od innego twórcy. 

Te same zasady dotyczą też normalnego internauty, który nie żyje z bloga. On też nie może kraść. Ba, nawet robiąc prezentację do pracy musi pracować na legalnym oprogramowaniu i używać legalnych zdjęć. Nie może po prostu wyjąć sobie zdjęcie z internetu i zilustrować nim jakiś slajd. 

I wiecie co? Będzie coraz gorzej. :) Coraz bardziej restrykcyjnie, coraz skuteczniej autorzy będą dochodzić swoich praw, walczyć o pieniądze i słusznie! Bo własność intelektualna od roweru się nie różni. Nie można zajumać i udawać, że to twoje. 

Komentarze do wpisu: 10 Napisz komentarz

  1. ALa napisał(a):

    Pomijając skadaliczność tej konkretnej publikacji, o której piszesz, mam wrażenie, że z e-bookami kulinarnymi i ich oryginalnością generalnie jest problem. Inna popularna blogerka wypuściła swoje zbiory przepisów, od których odpowiedników aż roi się w sieci – zarówno na polskich, jak i zagranicznych stronach: wszystkie banoffee, makarony z pieczoną dynią, inne modne dania. Autorka wyraźnie bazuje na tym, co już wymyślone, ale delikatnie zmienia proporcje albo modyfikuje pojedyncze składniki (syrop z agawy zamiast klonowego itd.), dodaje własne opisy, zdjęcia, no i na pewno nie można jej zarzucić plagiatu, ale trudno też tu mówić o autorskich pomysłach i właśnie oryginalności. Takie e-booki pewnie mają jakąś tam wartość, bo fajne i wypróbowane przepisy zostają zebrane w jednym miejscu, a publikacje kulinarne rządzą się własnymi prawymi i trudno je porównywać choćby do fikcji literackiej, ale mimo wszystko uważam, że ich wydawanie pozostaje problematyczne. No bo to trochę tak jak wziąć fabułę Czerwonego Kapturka, zmienić bohaterce kubraczek na zielony, wysłać ją na spotkanie z dziadkiem i spotkać z niedźwiedziem i opublikować jako własną bajkę, mówiąc, że to taka lepsza wersja tej starej :D

    1. Babka Zwyczajna napisał(a):

      Z przepisami jest taki problem, że właściwie to nie są chronione prawem autorskim – prawo nie chroni szeroko pojętych procedur czy sposobów działania (dlatego na przykład przepisy na colę czy inną panierkę najlepiej chronić przez ich nieujawnianie). Jedyne co w takim autorskim przepisie można objąć ochroną, to „sposób wyrażenia”, czyli to, w jaki sposób opisano poszczególne kroki wykonania potrawy. Więc, tak formalnie, to wspomniana przez Ciebie autorka nawet nie musiałaby zmieniać składników ani proporcji. Wystarczyłoby, żeby własnymi słowami opisała, co zrobić, żeby danie się udało. Tyle z punktu widzenia prawa, a to, czy „wypada” takie rzeczy publikować, to już inna kwestia. Sama zauważasz, że książki kucharskie są specyficznym produktem. Jeśli ktoś chce kupić kolejną książkę typu „150 dań z ziemniaków” (czy też, jak kto woli, „Znane modne hipsterskie vege, bezlaktozowe, bezglutenowe fit potrawy widziane już na każdym możliwym kulinarnym blogu”), to dlaczego komu innemu zabraniać taką książkę wydać i sprzedać? Byleby oryginalne było przedstawienie przepisów, zdjęcia i dobór potraw (przynajmniej z punktu widzenia prawa autorskiego właśnie to się liczy).

    1. Babka Zwyczajna napisał(a):

      A ilu masz znajomych na facebooku? Bo jeśli kilka setek, to trudno to nazwać „kręgiem osób pozostających w związku osobistym”, a tylko w takich granicach działa dozwolony użytek prywatny. Niby można się spierać, co rozumieć jako „związek osobisty”. Ustawa to definiuje jako m.in. pokrewieństwo, powinowactwo i stosunek towarzyski, ale czy jeśli poznałam kogoś na imprezie, z automatu dodałam do znajomych i nigdy więcej się nie kontaktowaliśmy, to pozostajemy dalej w „stosunkach towarzyskich”? To samo z jakąś koleżanką z podstawówki, z którą od kilkudziesięciu lat nie miałyśmy kontaktu, ale oglądam zdjęcia jej kotów na fejsie. Ponoć ktoś kiedyś wykręcił się od konsekwencji udostępniania treści na jakimś warezie, tłumacząc, że to zamknięte forum, oni tam jak rodzina, wiadomości prywatne, życzenia na urodziny i w ogóle cud-miód i orzeszki, mimo że się nigdy na oczy nie widzieli. Ale tendencje idą raczej w kierunku zawężania granic dozwolonego użytku niż rozszerzania go. Jak to w prawie bywa, każdy przypadek trzeba oceniać indywidualnie.

  2. Chica Mala napisał(a):

    To w ogóle trudny temat, bo mało kto się tym interesuje. Na FB memy udostępniają „wszyscy”, więc „każdy” myśli, że tak można, że to nic złego. Pewnie niewiele osób w ogóle sprawdza to, co udostępnia. Nie tylko pod kątem własności, ale chociażby prawdziwości. Niektórzy z lenistwa, inni z braku wiedzy.
    Natomiast opisana przez Ciebie afera to w ogóle dla mnie jakiś kosmos jest. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ona tak z premedytacją, od dawna i aż dziwne, że dopiero teraz ktoś ją na tym przyłapał.

  3. A co w przypadku, jeśli na publikowanym zdjęciu jestem ja? Biorę udział w zawodach, organizator udostępnia potem na FB zdjęcia zrobione podczas zawodów. Zdjęcia zawierają logo organizatora. Chciałbym takie zdjęcie ze swoją umęczoną facjatą umieść na swoim blogu

    1. Adam Gołąbiewski napisał(a):

      Prawa autorskie do zdjęć posiada fotograf lub organizator imprezy, więc musisz ich poprosić o zgodę na umieszczenie zdjęć na blogu. To, że Ty jesteś na zdjęciach nie zmienia faktu, że do zdjęć praw nie posiadasz. Inną kwestią jest Twoja zgoda na publikację Twojego wizerunku na FB organizatora. To powinien regulować regulamin imprezy.

  4. Mój blog czekał na tę erę 10 lat… Czekam teraz tylko na erę masowego usuwania fałszywych kont z fejsa, żeby tym złodziejaszkom lajki spadły z fanpage’ów tysiącami…

Dodaj komentarz